Po trendach w modzie plażowej, o których pisałam ostatnio, nadal pozostaję w temacie wakacyjnym. Tym razem jednak kilka słów o opaleniźnie, która niewątpliwie jest jedną z naszych urlopowych pamiątek (nie tylko z ciepłych krajów).

O tym, jakie niebezpieczny wpływ na naszą skórę mają promienie UVA i UVB doskonale wiemy wszyscy. Jednak promienie słoneczne mają też pozytywne działanie. Przede wszystkim wpływają na syntezę witaminy D3, która nie występuje naturalnie w środowisku, poprawiają nasz nastrój oraz łagodzą stany zapalne u osób z problemem trądzikowym.

Jedno jest pewne delikatnie opalona skóra wygląda atrakcyjnie, „zdrowo” i doskonale komponuje się z naszą letnią garderobą. Aby cieszyć się złoto – brązową opalenizną i uniknąć poparzeń słonecznych, udaru czy różnego rodzaju przebarwień musimy zachować umiar i zdowy rozsądek. Patrząc na moje zdjęcia sprzed kilku lat (kiedy dość często korzystałam z solarium) wiem, że tego drugiego z całą pewnością mi brakowało 😉

Podczas kąpieli słonecznych musimy pamiętać o odpowiednim nawilżaniu skóry (zarówno przed jak i po opalaniu) oraz stosowaniu kremów z filtrami dobranymi odpowiednio do naszego fototypu skóry. Ja jeszcze polecam Wam przyjmowanie w okresie wiosenno – letnim betakorotenu, o jego właściwościach pisałam tutaj.

Na rynku kosmetycznym obok dużej oferty kosmetyków do opalania oraz tych łagodzących i podtrzymujących jej efekt, jest wiele kosmetyków samoopalających. Osobiście nigdy nie byłam ich zwolenniczką, ponieważ kojarzyły mi się z efektem „pomarańczy”. Jednak jakiś czas temu testowałam dwa produkty, które bardzo przypadły mi do gustu, a ostatnio dołączył do nich kolejny.

Pierwszy to Vita Liberata pHenomenal, samoopalacz w postaci pianki, który zapewnia natychmiastową, równomierną i naturalną (!) opaleniznę. To właśnie dzięki temu produktowi, zmieniłam swoje podejście do kosmetyków samoopalających. Jeśli jesteście ciekawe mojej opinii zapraszam tutaj.

vita_liberata_opalanie

Body Bling Original to kosmetyk, który zapewnia także bardzo natualny, jednak jednodniowy efekt (czytaj do następnej kąpieli). Pokochały go gwiazdy Hollywood, za efekt złotej i lśniącej opalenizny. O moich wrażeniach na temat tego produktu pisałam tutaj.

body_bling_opalanie

Moim ostatnim odkryciem jest Sally Hansen Airbrush Legs (Rajstopy w sprayu). Nie jest to żadna nowość na rynku, jednak ja trafiłam na nie zupełnie niedawno. Jest to rewelacyjny produkt do uzyskania natychmiastowej i naturalnej opalenizny naszych nóg. Świetnie wyrównuje koloryt, szybko się wchłania, nie pozostawia smug i zacieków, maskuje drobne niedoskonałości na naszej skórze i nie pozostawia zapachu charakterystycznego dla samoopalaczy. Nie brudzi nawet białych ubrań, jednak zaraz po aplikacji dobrze jest odczekać kilka minut. Produkt sprawdza się rewelacyjnie podczas większych imprez oraz zawsze wtedy, kiedy chciałybyście wyeksponować nogi będąc nie do końca z nich zadowolone. Ja wybrałam odcień Medium Glow , który doskonale dopasowuje się do odcienia mojej skóry. Dla mnie Sally Hansen Airbrush Legs to rewelacja!

Sally Hansen Air Brush Leg_opalanie1

Sally Hansen Air Brush Leg_opalanie

A Wy lubicie opalać się czy wolicie kosmetyki samoopalające?